"podtrzymuje mnie przy życiu"... zaczynam się o Ciebie martwić, chyba, że nie masz na myśli fizycznego życia, a życiem nazywasz to co nie jest codzienną wegetacją...
"nawet jeśli złamiesz przy okazji kilka zasad"... kilka ? ROTFL to kilka rozbawiło mnie do łez...
Ale wracając do tematu, to w nosie mam zasady. Chodzi raczej o to by np nie stać się świadomym więźniem własnego ciała do tego stopnia by nawet nie móc się zabić... Bo wtedy już nie jest "po swojemu" (to odnośnie przestróg dla Ciebie)
A jeżeli chodzi o mnie, to to w czym się męczę raczej nie wynika z zasad jakiś... raczej z konieczności przetrwania w świecie i sytuacji życiowej taka jaka jest.
Hyperfocus... nie wiem czy to tu odpowiednie słowo, bo ten z wiki (polskie hasło zawsze możesz napisać ;)), w wersji AD(H)D a właściwie AADD mam, że się tak wyrażę "na co dzień"... Ale to chyba nie ta bajka, on pozwala mi ignorować wiele fizycznych rzeczy, jeżeli wciągnie mnie coś naprawdę ciekawego. A jednocześnie dostrzegać "dziwne" ruchy w otoczeniu.
A to przypomina torchę dużą dawkę pseudoefki, ale zaczyna(?) się od głowy. To tak jakby moja wrodzona fajtłapowatość gdzieś zniknęła. Jakby coś w mojej głowie się scaliło i stało spójne. Jakbym zaczął mówić w tym samym języku ze zmysłami i podświadomością, a nie jak normalnie przez 10-ciu leniwych i niedouczonych tłumaczy. Na parę chwil mam wrażenie, że staje się dość świadomie w prawie 100 % "zupełnie spokojnym ale bardzo czujnym instynktownym zwierzęciem". Jestem wtedy "skupiony na niczym", widzę "wszystko" w zasięgu wzroku, ale nic nie pochłania świadomie mojej uwagi. I ten brak jakiegokolwiek "wysiłku", nawet najmniejszego... jakby to był mój zupełnie naturalny stan...
Czy "biała" to podtrzymuje? Ciężkie pytanie... wszystkie następne razy, wychodziło na zewnątrz po 20 albo więcej godzinach bez snu i za kompem, fizyczne zmęczenie organizmu skazywało takie obserwacje na porażkę, podobnie jak przebywanie w domu. Jeżeli chodzi o pierwszutki raz, to
chyba tak. Chyba, bo wtedy nie była jedyna w mojej krwi/głowie to raz, dwa, że zbytnio mnie pochłonęło poderwanie z mulistego dna poczucia własnej wartość oraz wielodniowe podtrzymanie tego drugiego efektu "radości" i nie zwróciłem za bardzo uwagi. Musiał bym postudiować notki z zeszłorocznego sierpnia, może coś zapisałem.
Co jest chyba w tym najważniejsze, to to "podtrzymanie" odbierałem jako dość "sztuczne". Naturalna "euforia" po spotkaniu z kimś, była trochę inaczej rozłożona, źrodło "haju" było w "abstrakcyjnej głowie", i promieniowało na resztę, szybko się wypalając gdy pozostałem sam. Tu było odwrotnie, "dobry humor" wypływał nieprzerwanie gdzieś "z dołu", nie bardzo wiadomo skąd, "abstrakcyjna góra" przyjmowała go z pewną podejżliwością ;) Może to tylko złudzenie lub siła przyzwyczajenia po 30 latach, ale jednak takie miałem wrażenie. Ba nawet chcąc nie chcąc, próbowałem odruchowo "sprowadzić się na ziemię", ale przez ładnych parę dni było to niemożliwe zupełnie. Ilość dni sugeruje raczej związek z ulatniającym się SNRI, pośrednio (podtrzymanie efektu białej) lub bezpośrednio - ukompletowanie doznań ze strony sertoniny. Ale spotkałem, też info, że efekty białej też mogą się utrzymywać 2tyg.
Dość szeroko opisywałem rok temu, że nie byłem tak do końca zadowolony z tego stanu. Prawdopodobnie głównie z powodu ponad 30-letnich przyzwyczajeń, bo nie potrafiłem "sobie ze sobą poradzić"(nie chodzi o dalsze branie), wszystkie stare "metody kontroli" okazały się nieskuteczne. Potem trochę minęło, choć niektóre zmiany pozostały.
Co ciekawe jakoś nie ciągnęło mnie żeby to powtórzyć... może jeden raz to za mało by się skojarzyło ;) Albo to wynik, mojej ślepoty w kwestii własnych potrzeb...
Początkowo, może wydawać się dziwne, że nie uzależniłem się od tej naturalnej wersji "radości", przecież wystarczyło tylko... No właśnie nie wystarczyło... potrzebne było dużo spontanu, nowości i parę innych szczegółów... nie było gotowego przepisu.... 99,999% świadomych prób kończyło się porażką...
Ale chyba bardzo mocno próbowałem... aż wyhodowałem Zmorę?.... brrr
A podobno fizycznie nie uzależnia... ale podświadomie owszem...
Minął tydzień chyba odkąd skończył się "nowy"... składzik dopy topniał, bo czułem efekty powracającej PRL...bleee... aż stopniał całkiem chyba.
Organizm się jej domaga...
Nie nie indukuje myśli wprost.... chyba ;) A co robi ?
A znów doszukuje się nutek
jej zapachu przy każdej możliwej okazji... jabłko, mydło, nawet jakieś kwiaty....